Miesięczne archiwum: Czerwiec 2019

A co nowego u Andrew?



My już za chwilkę rozpoczynamy naszą kolejną przygodę z Angielskimi Ogrodami – pogoda ładna, więc spodziewajcie się dużej dawki zdjęć z różnych pięknych miejsc. Wycieczka ląduje w Londyn Luton o świcie i zaczynamy … a póki co pokarzę Wam zdjęcia z innego angielskiego ogrodu – trochę jeszcze wymagającego opieki i pielęgnacji, ale już w bardzo dobrych rękach jednego z najlepszych ogrodników jakich znam. 



Oto stary kuchenny ogród za murem przy posiadłości w Keythorpe Hall w hrabstwie Leicestershire, gdzie nasz Andrew prowadzi od jesieni projekt rewaloryzacji. Obecnie ogród jest w bardzo kiepskim stanie, ale i tak nie wyobrażacie sobie jak tutaj się zmieniło przez ostatnie pół roku – Andrew zmienia to miejsce w ekologicznie czynny ogród kuchenny (warzywa, owoce, zioła i kwiaty), który swoimi płodami będzie zasilał najlepsze restauracji i najbardziej wybrednych kucharzy w Londynie. Będzie to na pewno dla niego fascynująca podróż, a i my coś ciekawego zobaczymy i na pewno wiele się nauczymy.  



Ogród położony jest na lekkim zboczu i otoczony jest ceglanym murem – sam mur może opowiedzieć nam bardzo dużo o fascynującej historii tego miejsca (zobaczcie jak widoczne są kolejne jego przybudówki – szedł wyżej i wyżej wraz z wzrastaniem zamożności właściciela) – gdyby tylko mógł opowiadać! Usłyszelibyśmy może o tym, jak to w czasach świetności Imperium Brytyjskiego uprawiano tu egzotyczne owoce (może nawet ananasy!), jak pięknie kwitły i owocowały na ceglanym murze na płasko prowadzone tu w formie wachlarza lub cordonu brzoskwinie, grusze czy czereśnie? A może nawet był tu tak zwany ‘melon court’ czyli dziedziniec melonów – bo prowadzona przez nas tutaj archeologia ogrodowa na to właśnie wskazuje. 





Ogród kuchenny w Keythorpe mógł być tak samo niesamowity jak ten w Zaginionych Ogrodach Heliganu. Za czasów panowania Królowej Wiktorii zapewne uwijało się tu sporo ogrodników pod czujnym okiem starszego ogrodnika, który w śnieżnobiałej koszuli i tweed’owym surducie nadzorował prace. 





Jest tu niesamowita szklarnia o bardzo ciekawym kształcie – jak zobaczyłam ją po raz pierwszy to od razu na myśl przyszedł mi genialny Joseph Paxton, który był nie tylko starszym ogrodnikiem w Chatsworth – znane są przede wszystkim jego piękne konstrukcje ze szkła – oranżerie, szklarnie i ogromne pawilony! To on zbudował w 1851 dla Wiktorii i Alberta bajeczny szklany Crystal Palace na okazję Wielkiej Wystawy. No i całkiem możliwe, że ręka Paxton’a przyłożyła się również do budowy tej szklarni. 





Była ogrzewana przez genialny system grzewczy – wyobrażam sobie jak jeszcze na początku XX wielu było tutaj pięknie.





Dzisiaj Andrew przede wszystkim oczyszcza teren z ton szkła i innych śmieci oraz z chwastów (które rosły sobie tu bezkarnie przez długie dziesięciolecia). Polepsza glebę dodając spore ilości kompostu i oczywiście ściółkuje, a jak tylko się da – to już coś sadzi. Ogród jest uprawiany w systemie non-dig.

Miejmy nadzieję, że również ta niesamowita szklarnia i inne budynki zostaną odbudowane, a mur tu i ówdzie naprawiony – wstawione bramy i uda się pozbyć najgorszego szkodnika tego ogrodu – królików. Będziemy śledzić poczynania angielskiego ogrodnika.

czytaj więcej

Moja Mama

W ubiegłą niedzielę umarła moja Mama Zofia. Spodziewaliśmy się Jej odejścia, bowiem od kilku miesięcy ciężko chorowała, a choroba i wiek (miała 90 lat) nie dawały żadnych nadziei. A jednak, mimo tej oczywistości nieuniknionego, cios okazał się dla mnie bardzo trudny do przyjęcia. Bo przecież już nigdy nie pogadamy, nie zobaczymy się…

Moja Mama Zofia Grab
Moja Mama w młodości

Pozostanie w naszej pamięci, na zdjęciach, a także w obrazach, które namalowała i które wiszą na ścianach domów naszej rodziny. Mój skromny talencik do zajęć artystycznych w genach przejęłam właśnie od Niej (również mój brat) .

Chciałabym na łamach mojego pamiętnika – bloga, przybliżyć Wam Jej postać i troszkę o Mamie powspominać. Na pewno byłaby z tego zadowolona…

Moja Mama była kobietą nietuzinkową, ciekawą, kolorową, artystką… Chociaż sztuką zajmowała się tylko amatorsko, to przez wiele lat, zwłaszcza od przejścia na emeryturę, z wielką pasją. Jak sama mówiła: “dostałam kropkę od Boga w postaci talentu”. A miała wszechstronne uzdolnienia, nie tylko plastyczne, także np. aktorskie, co w połączeniu z rewelacyjną pamięcią, owocowało zaskakującymi wiele osób cytatami dzieł klasyków. Swoim wnukom i prawnukom potrafiła recytować całe strofy “Pana Tadeusza”, wiersze Brzechwy czy Fredry.

Umiała pięknie śpiewać, grać, szyć, haftować, dziergać, a przede wszystkim malować. Należała do Lubelskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych, uczestniczyła w wielu wystawach malarskich. Lubiła też kopiować znanych malarzy, choć zawsze “po swojemu”, z jakimiś zmianami. Inspirowały ją zarówno “Słoneczniki” Van Gogha, jak i pejzaże Szyszkina.

Przedstawię kilka wybranych prac mojej Mamy, na początek coś z Jej najbardziej ulubionych tematów, zaczerpniętych z natury: od kwiatów, przez pejzaże, po zwierzęta, zwłaszcza konie.

Obrazy olejne:

Akwarele:

Obrazy haftowane ściegiem płaskim, obrazy są duże, oprawione w ramy za szkłem.

Także tkała gobeliny, głównie o tematyce sakralnej. Jeśli ktoś zna cyrylicę może przeczytać, że jest to św. Borys.

Mama bardzo kochała przyrodę, pochylała głowę nad każdym kwiatkiem dostrzegając w nim nieprzeciętne piękno. Umiała przy tym uroczo się rozwodzić na jego temat. Gdy przyjeżdżała do nas na wieś, biegała po ogrodzie i zrywała kwiaty, aby je zasuszyć i cieszyć się nimi zimową porą.
A w moim panieńskim domu zawsze były zwierzęta: pieski, kotki, ptaki.
W ubiegłym roku Mama wyleczyła gołębia, który z odłamanymi paluszkami wylądował na jej parapecie. Gołąb tak się przyzwyczaił, że przychodził na posiłki o odpowiednich porach i głośno gruchał. Nie bał się Mamy, siadał na jej dłoni, a Ona go gładziła po grzbiecie. Tak było przez cały rok, nawet zaglądał zimą. Teraz gołąb musi poradzić sobie sam, bez ulubionej opiekunki.

Trudno pogodzić się z utratą Rodzica, nawet gdy jest się w bardzo dojrzałym wieku. Już nigdy nie zwrócę się do Niej i nie powiem Mamo…

Dziękuję wszystkim czytelnikom i pozdrawiam serdecznie.

czytaj więcej

Czapeczka dla Pigmeja

Witam wszystkich bardzo serdecznie. Myślę, że może jeszcze o mnie pamiętacie, mam taką nadzieję i to ogromną! Długo się nie udzielałam, bo miałam, i mam nadal, smutne rodzinne kłopoty. Na domiar tego złego, to jeszcze złamałam nogę w kolanie. Miałam operację i leżałam w szpitalu. Teraz leżę w domu, trochę jeżdżę na wózku inwalidzkim.

Wynajduję sobie prace, które w moim stanie mogłabym wykonać. Okazało się, że jak są chęci. to można sporo tych prac wymyślić.
Pierwszą z nich i bardzo ważną, jest akcja u Justynki – “Na równiku też jest zimno”.
Przyłączyłam się do niej z wielką przyjemnością.

W domu miałam włóczkę z głębokiego PRL-u, jeszcze nie używaną i nie skręconą w motek. Postanowiłam jej użyć do wykonania kompletu na zimne noce dla maluszków Pigmejów, jak się okazuje – marznących i chorujących z powodu tego afrykańskiego zimna.
Takich starych rzeczy, jak ta włóczka właśnie, nie wyrzucam, bo nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać i okazało się, że po 40 latach leżenia w szafie, mogę z niej zrobić coś przydatnego. Włóczka to połączenie bawełny z wiskozą, bardzo delikatna z lekkim meszkiem.

Komplet robiłam na drutach. Trochę mi zabrakło włóczki na kocyk, ale trudno – wygląda to tak, jak na zdjęciu. Czapeczkę i skarpetki zrobiłam według mojego pomysłu zapamiętanego z PRL-u, takie właśnie rzeczy robiłam dla mojego, wówczas malutkiego, synka.

W tamtych czasach wszystko było zdobyczne, wystane w kolejkach i ta włóczka również ma swoją historię. Gdy opowiadam wnukom, że na półkach w sklepie był tylko ocet, śmieją się z niedowierzaniem. A przecież tak było.
Było źle, ale mimo wszystko dużo, dużo lepiej niż mają Pigmeje. Biedny naród, dlatego też kłaniam się nisko Justynce, że pomyślała o takiej akcji, która w mikroskopijnej części poprawi ich los, a na pewno wywoła uśmiech na twarzy. To jest właśnie ta kropla, kropla w morzu potrzeb.
Pozdrawiam Was ciepło .

czytaj więcej

Krysia…

Mamy bardzo smutne wieści. Zmarła nasza blogowa koleżanka Krysia. Mama Lidzi – Czarnej Damy.
Lidziu, wiadomość o śmierci Twojej Mamy wstrząsnęła mną mocno. Miałam nadzieję, że wyzdrowieje i będzie pokazywała nadal karteczki na swoim blogu. Były one wyjątkowe, Krysia miała niezapomniany styl. Jej karteczki były bardzo delikatne z wieloma drobnymi elementami. Tylko osoba bardzo cierpliwa mogła je tworzyć. Pamiętam kolekcje muszli, które Krysia gromadziła, świece i długopisy. Będzie mi bardzo Jej brakowało.
Trudno pogodzić się z tak wielką stratą, trudno żegnać kogoś, kto jeszcze mógł być z nami…
Żegnaj na zawsze Krysiu.
Ta symboliczna róża jest dla Ciebie Krysiu…
Ania – Pawanna

czytaj więcej